Relacje - czy powiedzieć

Email Drukuj PDF
"I powoli przygotowujemy go do powiedzenia mu prawdy" - przeczytałam w zwierzeniach ludzi, którzy adoptowali chłopca. Nie wiem, jak robią to POWOLI. Rozważaliśmy z mężem, czy i kiedy należy z dzieckiem rozmawiać o adopcji. "Czy" w naszej sytuacji właściwie nie podlega dyskusji. Piotrek przyszedł do nas, kiedy miał równo dwa lata. Pamiętał dom dziecka, nie pamiętał, co było przedtem. Ale gdyby nawet był za malutki, żeby cokolwiek pamiętać, też powiedzielibyśmy mu prawdę.
Rozumiem tę pokusę - jednym kłamstwem tak łatwo skasować tamtych rodziców, a wraz z nimi cały problem. To nęci, ale myślę, że nie wolno tak robić. Wyznaję zasadę "nie kłam bez potrzeby". W miarę upływu lat coraz rzadziej widzę tę potrzebę. No, bo po co miałabym kłamać? Żeby coś ukryć? A przecież nie wstydzę się adopcji. Żeby sobie i dziecku oszczędzić przykrych rozważań? Ale to nie ułatwi mu życia. Nie odmienię tego, co już się stało. Teraz mogę tylko pomagać mu pogodzić się z tym. Jeśli nie podejmę takich rozmów, on zrozumie, że nie chcę mu pomóc. Ciężko żyć z kłamstwem. Jestem wściekła, kiedy ktoś mnie okłamuje. Nie mogę uczyć syna prawdomówności, jeśli sama będę kłamać. Zresztą kłamstwo zawsze może się wydać. Nie chcę drżeć ze strachu, że znajdzie się ktoś "życzliwy" - złośliwy lub bezmyślny, kto mu powie. Na pewno by się znalazł.

Nauka robi postępy, coraz łatwiej wykryć brak pokrewieństwa. Obawiam się też, że my, dorośli, przeceniamy możliwość ukrycia prawdy. Jesteśmy zbyt mocno przywiązani do słów, wydaje się nam, że jeśli czegoś NIE POWIEMY, dziecko się nie dowie. A tymczasem najwięcej MÓWIĄ nasze oczy, gesty, odruchy. Nie ukryjemy lęku, dzieci to wyczuwają. Nie da się kłamać oczami. Więc trzeba mówić prawdę. Tylko kiedy i jak?

"Powiemy mu we właściwym czasie" - mówią kolejni rodzice. Boję się, że nie istnieje właściwy czas. Dzieci zawsze wydają się nam za małe na rozmowy o trudnych sprawach. Bez względu na wiek są za małe. My sami, z pozoru tacy duzi, też jesteśmy za mali na bardzo trudne sprawy. Ale to przecież my, rodzice, decydujemy o tym, które sprawy są trudne. Dziecko z jednakową łatwością pyta nas o wszystko, co tylko przyjdzie mu do głowy. Dopiero z naszej reakcji wnioskuje, że natrafiło na jakiś problem.

Nikogo nie przeraża pytanie: dlaczego wieżę z klocków łatwiej jest zburzyć niż zbudować? A to jest naprawdę trudne pytanie! No, bo kto ze szkoły pamięta, że to z powodu entropii? Kto pamięta, co to w ogóle jest ta entropia? Więc odpowiadamy cokolwiek, lepiej lub gorzej, możemy nawet przyznać się do niewiedzy, ale nie robimy z tego problemu, bo takie pytanie NIE BOLI. Nie boli, bo nie dotyka naszych emocji. Pytania o adopcję są trudne dlatego, że zawsze bolą. Bolą nas pytania o prawdziwych rodziców, bo chyba sami nigdy tak do końca nie poczujemy się wystarczająco PRAWDZIWI. Ale to nasz ból, jesteśmy dorośli i musimy sobie z tym poradzić. My mamy być PRAWDZIWI dla dziecka. Prawdziwi także przez naszą prawdomówność. Myśląc wciąż o naszym bólu, zapominamy, że adopcja jest o wiele większym problemem dla dziecka. Kłamstwem czy unikaniem rozmowy chwilowo ominiemy problem, ale nie pomożemy go rozwiązać. Nasze dziecko i tak się kiedyś dowie. Kiedyś i tak przyjdzie mu zmierzyć się z jego bólem. Ono musi uporać się z pytaniem, dlaczego tamci rodzice go nie chcieli. Jeśli teraz nie będziemy o tym mówić, jeśli nie nauczymy się o tym rozmawiać, później nie będziemy już mieli szans, żeby mu w tym bólu pomóc. Łatwo jest zburzyć wieżę z klocków...

Prawda, nawet najtrudniejsza, zawsze jest mniej straszna od tego, co dziecko może sobie samo wymyślić, od wszystkich lęków, od szukania winy w nim samym. Nie chcę, żeby Piotrek tak o sobie myślał. Ja nie mogę kłamać. Jak mówić o adopcji - nie wiem. Zapewne najlepsze są najprostsze drogi. Wydawało mi się, że mam dużo czasu do namysłu. Wszystko to przemyślałam, ale Piotrek i tak mnie zaskoczył (wtedy jeszcze nie miał trzech lat i wydawał się o wiele za mały), kiedy wpadł do łazienki i zapytał:

- A u kogo ja byłem w brzuchu?

Z moim synem nie istnieje POWOLI. Udało mi się dość spokojnie odpowiedzieć:

- Nie u mnie, u innej mamy.

To mu się nie spodobało.

- Nie, byłem u taty!

- U taty nie, bo panowie nie mogą mieć dzieci w brzuchu, tylko panie mogą. Byłeś u innej mamy.

- Jaka ona była?

- Nie wiem. Nie znam jej.

- Czy ona umarła?

- Nie. Ale teraz na szczęście jesteś z nami. Bardzo cię kochamy i cieszymy się, że jesteś naszym synkiem.

Co jakiś czas Piotrek wraca do takich pytań. Po pierwszej, najtrudniejszej rozmowie, spokojnie omawiamy te kwestie. Napisałam dla niego bajkę o nas. Próbuję mu opowiedzieć, co się nam przydarzy i dlaczego, bez szukania winnych. Podobno ta bajka jest za trudna dla dzieci. Ale to wcale nie jest bajka, tylko prawda. Niektórzy dorośli myślą, że to ona jest za trudna dla dzieci. My jakoś musimy sobie z nią radzić. A dzieciakom z sąsiedztwa, które dopytywały się, skąd wzięłam Piotrusia, powiedziałam (w przebłysku geniuszu), że go dostałam w prezencie. Popatrzyły na niego z szacunkiem. Każdy przecież wie, że prezent to coś fajnego i każdy lubi dostawać prezenty!

Przeczytałam "Konwencję o prawach dziecka". Ten piękny dokument, przyjęty przez Zgromadzenie Ogólne Narodów Zjednoczonych, jest zbiorem norm, których przestrzeganie ma uczynić świat trochę lepszym. Przeczytałam i zrobiło mi się smutno. Polska ratyfikowała tę konwencję z dwoma zastrzeżeniami. Jedno dotyczy granicy wieku dzieci dopuszczonych do służby wojskowej. Drugie brzmi: ...prawo dziecka przysposobionego do poznania rodziców naturalnych będzie podlegało ograniczeniu poprzez obowiązywanie rozwiązań prawnych umożliwiających przysposabiającym zachowanie tajemnicy pochodzenia dziecka. To znaczy: Polska ogłosiła światu, że my, rodzice adopcyjni, możemy łgać naszym dzieciom w majestacie prawa. A przecież my wszyscy, niezależnie od wyznawanej religii, niezależnie od światopoglądu, zgadzamy się z uniwersalną prawdą słów znanych ludziom od kilku tysięcy lat: Nie mów fałszywego świadectwa... Każdy z nas dokładnie wie, co to znaczy.

Dlaczego więc zbyt często i chętnie mówimy: "tak, ALE...?" Dlaczego te ale tak się panoszą, że aż przysłaniają nasze TAK? Nowy akt urodzenia, jaki dostaje nasze dziecko po załatwieniu wszelkich formalności adopcyjnych, ma być tym, czym jest - świadectwem, że staliśmy się rodziną. Dlaczego pozwalamy, by był FAŁSZYWYM ŚWIADECTWEM? Dlaczego wpuszczamy ten fałsz do naszych umysłów i serc? Dlaczego zarażamy nim nasze dzieci? Pan Prezydent podpisał tę konwencję w imieniu naszego narodu. Także w moim imieniu. A więc niniejszym zgłaszam swoje votum separatum. Konwencja o prawach MOJEGO dziecka, zgodnie przyjęta przeze mnie i mojego męża, gwarantuje Piotrkowi prawo do prawdy.

Niniejsza relacja pochodzi z książki Katarzyny Kotowskiej "Wieża z klocków" wydawnictwa Media Rodzina.
Zmieniony ( Środa, 17 Czerwiec 2009 )  
Jesteś na: Strona główna Relacje - czy powiedzieć