Gnębiła mnie myśl, że nie wyprosiłam dziecka u Pana Boga, więc jak mam wyprosić je u ludzi? Jak ich przekonać, że nadaję się na matkę, skoro - jak mi się wtedy zdawało - sam Bóg nie jest o tym przekonany? Moje motywacje do rodzicielstwa były źle oceniane. Wciąż słyszałam - jak refren - że mam chcieć dziecka dla dobra tego dziecka. Dziś, po latach, zbliżam się do takiego myślenia, ale wtedy, zbyt skupiona na swoim bólu, nie umiałam wzbudzić w sobie takiej chęci. Może ten rodzaj altruizmu mnie przerasta? Nikt nie spróbował mi pomóc, nie pokazał mi świata z perspektywy mieszkańca domu dziecka. Nie umiałam sobie tego wyobrazić. Myślę, że nie tylko ja. Nigdy nie wierzyłam w dobro płynące z wymęczonego poświęcenia. Jestem głęboko przekonana, że trzeba być dobrym dla siebie, bo tylko wtedy można być dobrym dla innych.
Chcę stworzyć rodzinę. Chcę w swoich wyborach życiowych kierować się dobrem dziecka. Chcę je kochać. Chcę być szczęśliwa, bo tylko wtedy mogę dzielić się szczęściem. I tyle. Nie zapisałam się na kurs dla świętych. Zresztą, czy ktoś wymaga od rodzących kobiet, żeby chciały dzieci dla ich dobra?
Dlaczego nie usłyszałam, jak mam sobie radzić z dzieckiem, które jest już "człowiekiem po przejściach"? Jak mam mu pomóc? Dziś nie potrafię powiedzieć, czy tamte rozmowy w ośrodku adopcyjnym znacząco wpłynęły na zmianę mojego myślenia. Wiem, że ja sama poczułam się gotowa na przyjęcie dziecka, kiedy uświadomiłam sobie, że moje dziecko mieszka w jakimś domu dziecka, że opiekują się nim jacyś obcy ludzie i dzieje mu się straszliwa krzywda, bo przecież powinno być ze mną, jego matką!
Nie wiem, czy to przypadek, ale właśnie mijało dziewięć miesięcy od zgłoszenia do ośrodka adopcyjnego. A potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. Uznano, że nadajemy się na rodziców, a dwa dni później poszliśmy poznać pewnego dwuletniego chłopca.
* * *
Na spotkanie do Domu Małego Dziecka poszliśmy wprawdzie z duszą na ramieniu, ale bardzo szczęśliwi. Baliśmy się, bo czekało na nas kolejne grono osób, które miały stwierdzić, czy się nadajemy, baliśmy się, czy spodobamy się młodemu człowiekowi. Ale nareszcie mieliśmy poznać nasze dziecko! Po doświadczeniach z ośrodkiem adopcyjnym byłam zaskoczona życzliwym przyjęciem w domu dziecka. A potem staliśmy na korytarzu i czekaliśmy na młodzieńca. Ukazała się pani ciągnąca za rękę zaspanego, nastroszonego ludzika. Oto wasz syn! Ale nie było patetycznie. Było strasznie. Nie doznałam łaski miłości od pierwszego wejrzenia. Sądzę, że mały też nie był nami zachwycony. Patrzyliśmy na siebie nieufnie. Poraziła mnie przerażająca, odpychająca obcość. Miałam nadzieję, że to zły sen, chciałam stamtąd natychmiast uciekać. Ale widziałam, że on też się boi. Oto człowiek! Wyciągnęłam rękę, a on złapał mnie za palec. To był gest rozpaczy, wołanie o ratunek, chociaż nie wiem, kto bardziej potrzebował pomocy; kto miał więcej sił, by ratować. Nie uciekliśmy. Chwała Bogu.
Chwała kobiecie, która uprzedziła mnie, że pierwsze wrażenie może być bardzo złe. Dlaczego nie mówił o tym nikt w ośrodku adopcyjnym? Przygniotła mnie odpowiedzialność, prawdziwie fizyczny ciężar odpowiedzialności za człowieka, który trzymał mnie za rękę. I wreszcie dotarło do mnie, że to nie ja, nie my z mężem, ale on także, równoprawnie, podejmuje decyzję, co będzie dalej. Nie rozpoznałam cię wtedy, synku, w tamtym małym chłopcu o obcym imieniu, w koszmarnym przebraniu biznesmena z kiepskiego bazaru, w łysych plackach na głowie, szorstkości skóry i wylęknionej powadze spojrzenia. Nie dojrzałam ciebie w jego pustych, błękitnych oczach i w bezuśmiechu. Wybacz mi... Ale trzymaliśmy się za ręce. Powolutku, ostrożnie zaczęliśmy się siebie uczyć.
Postanowiliśmy, że będzie mu na imię Piotrek. Chcieliśmy, żeby miał nowe życie, nowe imię i nazwisko. Niewykluczone, że dostał też nową duszę.
* * *
Na początku nakarmiłam go mandarynkami. Bardzo mu smakowały. Nikt mnie nie uprzedził, że jest na nie uczulony. Buzię pokryła mu czerwona skorupka. Później opiekunki powiedziały mi, że mały nie może jeść różnych rzeczy, a po szczegółową listę odesłały mnie do lekarki. Pani doktor miała dla mnie pół godziny czasu przed zabraniem Piotrka do domu. W grupie produktów zakazanych wymieniła prawie wszystko, czym zwykle karmi się dzieci. Zrobiłam w myślach przegląd zapasów w lodówce i spiżarni. Miałam dla niego płatki kukurydziane i kaszę gryczaną, a najbliższy sklep z dietetyczną żywnością znajdował się dwadzieścia pięć kilometrów od naszego domu. Fajnie. Pani doktor wręczyła mi jedną puszkę mleka sojowego.
Najbardziej interesowało go, co przyniosłam do jedzenia i picia. Pochłaniał wszystko i wtedy buzia mu się rozjaśniała. Instytucja, jaką jest dom dziecka, nie jest w stanie zaspokoić wszystkich potrzeb małych mieszkańców. Zwłaszcza potrzeb psychicznych. Dlatego tak ważne jest, żeby przynajmniej nie brakowało jedzenia. Dyrekcja musi się nieźle nabiedzić, żeby wygospodarować po 6,40 zł na każde dziecko. Trzeba z tego skompletować pięć posiłków dziennie. Prawdopodobnie pomagają darczyńcy. A co robią domy dziecka, które nie otrzymują dodatkowej pomocy? Czy rzeczywiście "wszystkie dzieci są nasze"?
* * *
Przynieśliśmy Piotrkowi autko. Nie zrobiło na nim wrażenia. W sali, w której przebywają dzieci, jest tyle zabawek, że nie ma gdzie postawić stopy. Ale dzieci się nimi nie bawią. Cenna staje się tylko ta zabawka, którą jedno z nich podniesie. Wtedy wszystkie chcą ją mieć. Piotrkowi najbardziej podobały się małe przedmioty, bo mógł je wpychać pod koszulkę. Stamtąd nikt mu ich nie mógł zabrać!
Pogłaskałam go po rączce. Obejrzał ją bardzo uważnie. Był zdziwiony. Przytuliłam go. Widziałam, że jest zadowolony. Ale nie umiał sobie z tym poradzić, więc pokopał mnie. Nie odpowiadał uśmiechem na uśmiech. Kiedy wyciągałam do niego ręce, stał bez ruchu i patrzył na mnie.
W czasie obiadu siedziałam z dziećmi przy stole. Pomagałam Piotrusiowi jeść. Opiekunki karmiły tylko dzieci niepełnosprawne, reszta dwulatków jadła samodzielnie. Połowa zupy trafiała do buzi, reszta spływała po ubrankach. Innym dzieciom trudno było znieść, że zajmowałam się Piotrkiem, a nie nimi. Szalały, żeby zwrócić na siebie uwagę. Wreszcie jeden z chłopców znalazł skuteczny sposób - z całej siły rąbnął mnie w oko. Opiekunka, bardzo młoda kobieta z nienagannym makijażem, wrzeszcząc zaciągnęła go za karę do innego pomieszczenia:
- Ty bandyto! Skończysz w więzieniu jak twój tata!
O Boże! Dlaczego ona tam pracuje?
* * *
Na spacer dzieci wychodzą, trzymając się sznurka z pętelkami. Dwie wychowawczynie nie mają sześciu czy ośmiu rąk. Dzięki sznurkowi dzieci nie gubią się i maszerują razem. W zimowych kurtkach i czapkach, podduszone szalikami, mozolnie schodzą po schodach z drugiego piętra. Pół godziny idą wzdłuż szarego muru. Kilka razy zjeżdżają ze zjeżdżalni i wracają. Nigdy nie założyłam Piotrkowi szalika. Na miejskim placu zabaw jakaś babcia odsuwała od nich swojego wnuczka, żeby się o dzieci "stamtąd" nawet nie otarł. Czy można się zarazić chorobą sierocą?
Do łazienki też chodzą całą grupą. Siadają na nocnikach i siedzą do skutku. Wszyscy. Nie wolno im wstawać. Z nudów jeżdżą nocnikami po całej łazience. Sprawnie manewrują: zakręcają, cofają, ścigają się, hamują - prawie bez kolizji (i chlapania). Chyba mają prawa jazdy na nocnik! Kiedy wreszcie wolno im wstać, mają na nóżkach czerwone pręgi.
Wieczorem każde z dzieci ląduje za szczebelkami swojego łóżka jak w klatce i dostaje przytulankę. Co wieczór inną, nie ma własnej. Potem gaśnie światło. Jeśli któreś marudzi albo płacze, pani gwałtownie klaszcze, żeby było cicho.
* * *
Piotrek już ponad dwa lata jest z nami. Nie ma ulubionej przytulanki - tej jednej, jedynej, najważniejszej, która może pomóc w trudnych chwilach. Straszliwie boi się niespodziewanego, głośnego klaśnięcia.
Niniejsza relacja pochodzi z książki Katarzyny Kotowskiej "Wieża z klocków" wydawnictwa Media Rodzina.



Procedura adopcyjna